Joined: Aug 2004 Gender: Male Posts: 430 Location: Polska & Ossetia
Cameroon, Gambia, Tobago, Antarctica ... Iraq! « Thread Started on Jul 6, 2006, 2:55pm »
English Summary:
Below there is an interesting article on the Polish colonial ambitions, plans, and efforts across the centuries.
It mentions the "indirectly Polish" colonies of the vassal Duchy of Courland and Semigalland on Tobago and in parts of Gambia during the 17th century, the short-lived Polish-ruled chiefdom in south-western Cameroon of the size of ~50 km2 in 1884-1885 (for the first few months completely independent, and for an additional several months existing as a British protectorate, in order to prevent the Germans from taking it over, something that eventually happened anyways - see the next post in this thread for more details), and the inter-war Polish colonial aspirations which included preliminary steps to establish colonies in the Brazilian state of Parana and the African country of Liberia that were frustrated by the Brazilian and the U.S. governments respectively, and demands for, and plans to, acquire colonies in Togo, Madagascar, Antarctica, and to wrest such from the Portuguese in Africa , which ended with the eruption of WWII. By the late 1930's the Polish Maritime and Colonial League, the organization championing Poland's colonial expansion, had close to one million members!
This article received lots of negative comments, largely due to the fact that the author dared to ridicule present-day Polish participation in the aggression on, and occupation of, Iraq.
I found a couple of factual mistakes in the article, which I deleted from this forum version, but which you can still read in the original:
1) Tobago was not lost to the Swedes, but to the Dutch; this island was never under any sort of Swedish control, despite that I actually found one English-language book that falsely claimed so.
2) Beniowski, or, more correctly Benovsky, was Slovak not Polish. Besides that, what Zadros fails to mention is that he had plans to establish some (Polish-Russian?) colony on Formosa, where he landed at one point in time, but that never happened.
Rzeczpospolita kolonialna
Polscy kolonizatorzy
Krzysztof Zadros
...starania o pozyskanie “zamorskich terytoriów” mają w Polsce długą tradycję.
Polacy nigdy nie mieli zadatków na odkrywców czy konkwistadorów. Awanturnicze wyprawy na obce lądy nie budziły specjalnego zainteresowania mieszkańców nadwiślańskiego kraju. Przytulny folwark i rozłożysta lipa, pod którą można się wygodnie wyciągnąć i kontemplować swojski, dobrze znany krajobraz – tak raczej wyglądał ideał naszej zaściankowej szlachty. “Sławianie, my lubim sielanki”, jak słusznie zauważył Poeta.
Kiedy w końcu nasi krajanie się obudzili i zmienili zdanie, było już po ptakach. Wszystkie lepsze kawałki ziemskiego tortu zostały rozdzielone, a Polska okazała się jednym z niewielu leżących nad morzem europejskich krajów, który nie posiada własnych kolonii. Wstyd! W ciągu kilku następnych stuleci Polacy dwoili się i troili, żeby dołączyć do grona mocarstw kolonialnych. Niestety, a może na szczęście, raczej z mizernym skutkiem.
Ambitni Kulrandczycy
W roku 1561 ostatni mistrz zakonu inflanckiego, Goddhard Kettler oddał Rzeczpospolitej Inflanty, a w zamian za ten ładny gest otrzymał w dziedziczne lenno krainę zwaną Kurlandią. Niespełna sto lat później, w roku 1650 jeden z jego potomków – Jakub Kettler, udzielny książe Kurlandii, wysłał do Afryki dwa statki, których kapitanowie kupili od tubylców w okolicy ujścia rzeki Gambii dwie wysepki i skrawek lądu. Jedną z wysp ochrzcili imieniem św. Andrzeja, postawili na niej porządny fort i luterański kościół.
Mniej więcej w tym samym czasie ambitny Kurlandczyk kupił też od Holendrów wyspę Tobago u wybrzeży Wenezueli (dziś wchodzi ona w skład państwa Trynidad i Tobago) i zmienił jej nazwę na Nowa Kurlandia. Jej kolonizacja rozpoczęła się w roku1654. Ponoć był to wymarzony teren do uprawy trzciny cukrowej. Niewolników do na plantacje zamierzał Kettler zapewne sprowadzać ze swych “kolonii” u ujścia Gambii.
Przez pewien czas było pięknie. Kurlandzki gubernator Gambii kupował od tamtejszych plemion niewolników, organizował połów pereł i utrzymywał poprawne stosunki dyplomatyczne z miejscowymi kacykami. Na Tobago przybyło ok. 500 osadników, uprawy tytoniu i trzciny cukrowej udawały się tam znakomicie, rozwijał się też handel. Ale sielanka szybko się skończyła. W czasie “potopu” szwedzkiego 1655 – 56 książe Jakub opowiedział się za Polską. W 1658 Szwedzi zajęli Kurlandię, a Kettler został aresztowany i musiał zapłacić Szwedom sowity okup. ... Natomiast posiadłości u ujścia Gambii wkrótce zajęli Anglicy i taki był smutny finał tej historii.
Ale faktem jest, ze kolonie były. Tylko czyje? Nasze? No cóż, kolonizatorzy mówili po niemiecku, nie po polsku, ale Kurlandia była wtedy lennem Rzeczypospolitej. A wasal mojego wasala jest chyba moim wasalem?
Polski Kacykat Kamerunii
Jakiś czas później Polska sama stała się kolonią trzech innych państw, co bynajmniej nie przeszkodziło niektórym naszym krajanom w snuciu planów podboju i kolonizacji zamorskich terytoriów. Jednym z takich marzycieli był Stefan Szolc-Rogoziński. W roku 1882 zorganizował on ekspedycję do Kamerunu, który w owym czasie był jednym z ostatnich niezbadanych i, co ważniejsze, nie skolonizowanych przez nikogo regionów Czarnego Lądu. Rogoziński głosił, że jego wyprawa ma mieć charakter odkrywczy. Prawda wyszła na jaw dopiero 50 lat później, w roku 1932, kiedy to jeden z uczestników owej ekspedycji, Leopold Janikowski przyznał oficjalnie, że prawdziwym jej celem było “wyszukanie odpowiedniego terenu dla kolonizacji polskiej, jako przyszłej ostoi dla tych, którym nie tylko materialnie, ale i duchowo było za ciasno pod rządami trzech naszych zaborców”. Jak Rogoziński wyobrażał sobie w praktyce funkcjonowanie takiej kolonii bez metropolii, bo przecież Polski nie było podówczas na żadnej mapie - nie wiadomo.
Rogoziński faktycznie dokonał w Kamerunie wielu odkryć geograficznych, ale nie to nas tutaj interesuje. Wiosną 1884 r. pisał: “...główny kacyk, a mianowicie król Jerzy z Boty, oddał rządy nad swym krajem w moje ręce, wkrótce zaś poszli za nim i inni sąsiedni kacykowie. Nabyłem równocześnie własność ziemską owych klanów, posiadając takim sposobem i ziemię, i rządy nad krajowcami takowej”. Rogoziński założył więc w Kamerunie kolonię, bez dwóch zdań. Miała co prawda tylko ok. 30 kilometrów kwadratowych, ale zawsze to coś!
Problemy zaczęły się kilka miesięcy później, kiedy w okolicy pojawiły się okręty Niemców, którzy zaczęli w ekspresowym tempie podpisywać z tubylcami “traktaty” i przejmować we władanie ich ziemię. Jednocześnie z drugiej strony nadciągali już Anglicy. W tej sytuacji Rogoziński, pałając zrozumiałą awersją do niemieckich zaborców, wybrał Anglików. 28 sierpnia 1884 podpisał z nimi dokument, który głosił między między innymi: “Jej Królewska Mość, Królowa Wielko-Brytanii i Irlandii etc. etc. stosując się do życzenia p. S. S. Rogozińskiego i Króla i Kacyka Boty, podejmuje się rozpościerać nad nimi i nad krajem znajdującym się pod ich władza i jurysdykcją Swą łaskawą opiekę i protekcję”.
I to by było na tyle, jeśli chodzi o polskie posiadłości zamorskie w Kamerunie. Może warto jeszcze wspomnieć, że wkrótce potem, na kongresie berlińskim w roku 1885 możni tego świata, jak zwykle, dogadali się za naszymi plecami i jak na ironię oddali cały Kamerun właśnie Niemcom. Chociaż, w sumie nie ma czego żałować, bo klimat tam panuje podobno nie najzdrowszy, a powietrze roi się od złośliwych much tse-tse.
Dla kogo Togo?
Minęło kolejnych kilka dziesięcioleci i sytuacja znów się zmieniła. Niemcy przegrali Wielką Wojnę, a zwycięskie mocarstwa, głównie Francja i Anglia, ochoczo podzieliły między siebie ich zamorskie terytoria. Polsce znowu pokazano figę. Nie wszyscy rodacy chcieli się jednak z tak rażąca niesprawiedliwością pogodzić. Szczególnie mocno sprzeciwiała się takiemu stanowi Rzeczy Liga Morska i Kolonialna, organizacja założona w 1918 r., która w przededniu II wojny światowej liczyła prawie milion członków!
Aktywiści Ligi przekonywali, że zdobycie przez Polskę kolonii będzie cudownym lekiem dla podupadającej gospodarki krajowej, pozwoli zlikwidować nędzę, bezrobocie oraz problemy demograficzne i doprowadzi nas wszystkich do ogólnego szczęścia i dobrobytu. Skąd my to znamy? Podobnych argumentów używają dziś ci, którzy twierdzą, udział Polski w “odbudowie Iraku” będzie miał cudowny wpływ na naszą gospodarkę.
U schyłku lat dwudziestych, kiedy to Niemcy coraz głośniej domagały się zwrotu swoich zamorskich terytoriów, w świat poszła plota, że dojdzie do ich nowego podziału. Aktywiści Ligi chcieli z tego poniemieckiego tortu koniecznie wykroić coś dla nas. Uznali, że Polsce należy się ok. 10% powierzchni byłych kolonii niemieckich, czyli obszar ok. 300 000 km2 (dla porównania: dzisiejsza Polska liczy sobie 312 685 km2). Pod uwagę brano przede wszystkim Togo i Kamerun, ten ostatni pewnie z uwagi na działalność Szolca-Rogozińskiego. Do nowego podziału spadku po Niemcach jednak nie doszło i plany Ligi spaliły na panewce. Co nie znaczy, że owa szacowna organizacja nie czyniła starań o pozyskanie kolonii pod innymi szerokościami geograficznymi.
Polacy na Antarktydę!
W roku 1934 Liga Morska i Kolonialna zakupiła w brazylijskim stanie Parana część indiańskiego rezerwatu z przeznaczeniem na budowę osiedla emigrantów “Morska Wola”. Pod koniec 1936 r. mieszkało tam już 75 polskich rodzin. Wkrótce jednak brazylijski rząd rozpętał kampanię nacjonalistyczną pod hasłem “Brazylia dla Brazylijczyków”. Miejscowa prasa przypisywała Polakom imperialistyczny plan rozbicia Brazylii na kilka republik i utworzenie nowego państwa polskiego z dostępem do morza. W 1938 sytuacja stała się tak napięta, że polskie MSZ zaleciło likwidację polskich kolonii w Brazylii, co też Liga uczyniła.
Kolejnym celem naszej zamorskiej ekspansji była Liberia. W roku 1934 kraj ten podpisał z Ligą Morską i Kolonialną umowę handlową i gospodarczą, w której była również mowa o wykupywaniu przez Polaków liberyjskich gruntów. Liga oczywiście od razu zaczęła snuć plany skolonizowania Liberii. Wkrótce do Monrovii, stolicy tego kraju, wyruszył statek “Poznań” z towarami, które miały podbić serca tubylców. Ładunek ów składał się kilkudziesięciu beczek cementu, kilku ton soli i żelaza a także z 500 sztuk... emaliowanych nocników. Cokolwiek by sądzić o wyborze takiego właśnie asortymentu, nocniki okazały się wybrakowane i łuszczyła się z nich emalia, cement załadowano w zbyt dużych opakowaniach a sól była złego gatunku i w rezultacie i nie udało się sprzedać prawie niczego. Pierwsza polska wyprawa handlowa do Liberii okazała się kompromitacją.
Mimo to wymiana handlowa między Liberią a Polską (a właściwie Ligą Morską i Kolonialną) rozwijała się pomyślnie, zaczęto nawet osiedlać w Liberii polskich plantatorów. Niestety, wkrótce potem Amerykanie, którzy byli zainteresowani utrzymaniem swych wpływów w tym afrykańskim państewku, zorganizowali na Polskę nagonkę medialną, przypisując jej chęć zaanektowania Liberii, podjudzili liberyjski rząd do wycofania się z umów z Polską, a w 1938 r. podpisali z nim szereg traktatów, które praktycznie przekształcały Liberię w amerykańską kolonię. Polacy znów musieli jak niepyszni wrócić z pustymi rękami.
Ale zwolennicy pozyskania dla Polski terytoriów zamorskich nie dawali się zbić z pantałyku. Jeszcze w przededniu wybuchu II wojny światowej snuli desperackie plany zajęcia kolonii portugalskich w Afryce, a nawet kolonizacji... Antarktydy! W marcu 1939 r. polskie MSZ wysłało do ambasad w Waszyngtonie i Londynie tajne pisma z prośbą o informacje, jakie części tego kontynentu znajdują się we władaniu USA i Wielkiej Brytanii i które obszary są jeszcze nie zajęte. Na przeszkodzie kolonizacji Antarktydy stanął jednak wybuch wojny i zajęcie Polski przez hitlerowskie Niemcy. Znów okazało się, że chyba jesteśmy bardziej predystynowani do bycia czyjąś kolonią niż mocarstwem kolonialnym.
W tekście wykorzystano następujące opracowania:
Tadeusz Białas, Liga Morska i Kolonialna 1930-1939 Hanna Szymańska-Grossowa, Podróże Stefana Szolca-Rogozińskiego
Högni[=Odin]... had black hair that hung down with some curl in it. He was long-faced, and had a large nose'n hanging brows. He had a dark beard ... was dark in coloration everywhere ... he had only one eye. He was ... bold ... tall'n stout... - Thidrek Saga If you want to criticize me, then show some courage and come to this forum to do it.
English Translation of the Polish-ruled Chiefdom in Cameroon Part:
My own additions are indicated by the "[...]".
"(...).
The sailing did not go smoothly. Storms caused a few times the [ship] Lucja Malgorzata to come close to doom, but on Madeira its repair was financed by Count Tyszkiewicz. After a several days long stay at the Liberian capital of Monrovia, the land of the Assini was visited (today the Ivory Coast), [as was] the Kingdom of Ashanti (present-day Ghana), until at last in April of 1883 they reached the Spanish[-held] Island of Fernando Po, which the Polish travellers liked very much. In the end, however, they established their base camp near the British factory of Victoria - [on the Cameroonian Island of] Mondoleh [which they purchased from the natives for several items].
Rogozinski did not waste time. With his school years friend Klemens Tomczek or the geologist Leopold Janikowski he made forays to the coast of Cameroon. For the goods they brought they purchased [from the natives] a chunk of land, and then he traversed the tribal territories of the Mungo, Balunga, and Bakundo, and even climbed the [']Peak of the Gods['] - the volcanoe Mongo-ma Lobah (4 070 meters above see level [or the highest point in Cameroon, also known as Fako]). One of the three peaks of it was named by the explorers as Mons Rogozinski, and a lower one as Gora Kraszewskiego. Penetrating the coast of Cameroon, and sailing into the littoral rivers they discovered a few lakes (for example the Elephant Lake [or the Barombi-O-M'bu]) as well as waterfalls [along with estuary of the Mungo and the source of the Rio del Rey], and also made treaties with the [local] chiefs, on the basis of which Rogozinski received a coastal strip of 30 km2, and later the nearby territory of the ["main king"] Jerzy of Bota.
They were tortured by the tropical illnesses, and even Klemens Tomczek died as a result of Malaria. Despite that, the expeditions to Cameroon and Gabon were so fruitful that, time after time, boxes filled with interesting objects were dispatched by post to Warsaw and Cracow. (...). When the German naval vessels showed-up on the waters of the Gulf of Biafra, in order to establish a protectorate of [the German Emperor] Wilhelm II on the coast of Cameroon, the leader of the Polish expedition [and the chiefdom] quickly struck an agreement with the British Consul John Hevett in regards of placing his territory under the protectorate of Great Britain, what was confirmed by a solemn signing of an appropriate document on the [British] gunboat Forward. For this reason his friend Janikowski almost got killed, on whom the Germans, mistaking him for Rogozinski sailing on a boat, made an attempt on his life. When it became apparent that the English gave up Cameroon, on a basis of a treaty in 1884, to the German emperor, Rogozinski became in Cameroon a persona-non-grata, and even was a target of a [verbal] attack by the [German] Chancellor Bismarck in the Reichstag. Under these circumstances the Poles returned to Poland, giving their ethnographic collection to the Cracovian Museum, and their anthropological one to the Abilities' Academy in Warsaw.
(...)."
Perhaps the best page on Rogozinski on the Web:
Jako nastoletni chłopiec rozczytywał się w literaturze podróżniczej. Z największym pietyzmem rysował mapki z dokonanymi właśnie odkryciami na Czarnym Lądzie. Białe plamy w środkowej części kontynentu inspirująco działały na jego wyobraźnię. Postanowił poznać Afrykę z autopsji.
Stefan Szolc-Rogoziński, bo o nim właśnie mowa, urodził się w 1860 r. Po ukończeniu gimnazjum we Wrocławiu - wbrew woli ojca - zamiast zająć się rodzinną fabryką tekstyliów w Kaliszu (przygranicznym wówczas mieście rosyjskiego imperium), wstąpił do szkoły marynarki wojennej w Kronsztadzie. Już jako kadet odbył podróż dookoła świata na okręcie "Generał-Admirał", a zetknąwszy się z fascynującą egzotyką równikowej Afryki, postanowił tam wrócić.
Pod banderą Syreny
22 września 1881 r. w popularnym tygodniku artystyczno-literackim i krajoznawczo-geograficznym "Wędrowiec" ukazał się krótki artykuł-inserat Propozycja, podpisany przez jeszcze nieznanego oficera rosyjskiej marynarki, w prostych słowach oznajmiający, że zamierza udać się do Afryki równikowej nierozpoznanego jeszcze Kamerunu, gdzie po założeniu naukowo-badawczej stacji poznawać chce nadatlantyckie góry.
Z radością powitałbym pomiędzy zjednoczonymi siłami mej wyprawy - pisał Rogoziński - towarzysza podróży z ojczystej niwy, który zechciałby ze mną dzielić trudy i owoce... Gdyby na ówczesnym placu Saskim, w pobliżu istniejącej wówczas cerkwi pojawiło się trójgłowe cielę lub biały słoń sprzedawał dzieciom cukierki w trakcie niedzielnego wyraju na Bielanach, nie zrobiłby większego wrażenia wśród czytelników niż ów skromny inserat. Wielu z nich polska wyprawa do Afryki wydała się niemożliwa do wykonania, absolutnym nonsensem. Jako pierwsi pastwić się zaczęli nad organizatorem tego afrykańskiego przedsięwzięcia dziennikarze różnych gazet i czasopism. Ze szczególną zajadłością zwalczał jednak ten pomysł publicysta i pisarz Aleksander Świętochowski. Nawet gdybym był krezusem - napisał - ze stu milionów rubli nie dałbym pięćdziesięciu kopiejek na tę wyprawę.
Gdy zaś wyszło na jaw, że organizator wyprawy ma zaledwie lat... dwadzieścia, furia przeciwników doszła do zenitu. Nie pomogły wyjaśnienia, że mimo młodego wieku jest oficerem rosyjskiej marynarki, rzeczywistym członkiem Towarzystwa Geograficznego w Paryżu i Klubu Afrykańskiego w Neapolu, zaś projekt ekspedycji przychylnie przyjęło Rosyjskie Towarzystwo Geograficzne, które na czas wyprawy wyjednało mu urlop w petersburskiej admiralicji. Poparli go natomiast gorąco: Bolesław Prus, znany geograf Wacław Nałkowski i Henryk Sienkiewicz. Ten ostatni przeznaczył na wyprawę cały dochód z kilku swych publicystycznych odczytów. Ponieważ sięgnął do swej szkatuły mecenas nauk przyrodniczych hrabia Konstanty Branicki, znany wtedy kolekcjoner hrabia Benedykt Tyszkiewicz i swoje dołożył ojciec Rogozińskiego, wyprawa doszła do skutku.
13 grudnia 1882 r. jej uczestnicy, zaokrętowani na lugrze "Łucja Małgorzata". wypłynęli z Havru. Na wodach kanału La Manche szef ekspedycji dokonał uroczystej odprawy. Po trzykrotnym salucie armatnim uroczyście odśpiewano na pokładzie hymn Jeszcze Polska nie zginęła, wachtowy marynarz wciągnął na najwyższy maszt banderę z herbem Warszawy - wymowny symbol polskości wyprawy, zastępujący nie istniejącą w międzynarodowym rejestrze flagę biało-czerwoną. Nazwy "Syrena" i "Warszawianka" nosiły też wiosłowe szalupy, umocowane na pokładzie, bardzo przydatne potem w afrykańskich warunkach. W magazynie stateczku o trzech skośnych żaglach oprócz zapasów żywności i wody znalazły się przeznaczone na prezenty dla murzyńskich kacyków i na wymianę z nimi: 200 fuzji skałkowych, niebieskie koszule i spodnie, chustki żółte i czerwone, perły i medaliony, tkaniny, czapki, mydła, lusterka, dzwonki, noże, gwoździe, cukier, spirytus, liście tytoniu i mosiężny drut.
Z Anglikami przeciw Niemcom
Rejs nie przebiegał gładko. Sztormy spowodowały, że kilka razy "Łucja Małgorzata" bliska była zagłady, na Maderze sfinansował jej remont hrabia Tyszkiewicz. Po kilkudniowym postoju w liberyjskiej stolicy Monrovii zwiedzili kraj Assini (dziś Wybrzeże Kości Słoniowej), królestwo Aszani (dziś Ghana), aż wreszcie w kwietniu 1883 r. dopłynęli do hiszpańskiej wyspy Fernando Po, która polskim podróżnikom bardzo się spodobała. Ostatecznie jednak swoją bazę wypadową urządzili w pobliżu angielskiej faktorii Victoria, u brzegów Kamerunu - Mondoleh.
Rogoziński nie tracił czasu. Ze swym kolegą szkolnym Klemensem Tomczekiem lub geologiem Leopoldem Janikowskim robił wypady na kameruński ląd. Za przywiezione prezenty zakupił na początek kawałek terenu, a potem przemierzył plemienne terytoria: Mungo, Balunga i Bakundu, dotarł nawet na szczyt Góry Bogów - wulkanu Mongo-ma Lobah (4070 m). Jeden z trzech wierzchołków wulkanu uczestnicy wyprawy nazwali Mons Rogoziński, a nieco niższy Górą Kraszewskiego. Penetrując wybrzeże Kamerunu i wpływając w przybrzeżne rzeki odkryli kilka jezior (np. Jezioro Słoniowe) i wodospadów, a także zawarli układy z kacykami, mocą których otrzymał Rogoziński na własność 30<2009>km kw. wybrzeża, a później jeszcze przyległe terytoria Jerzego z Boty.
Nękały ich tropikalne choroby, z powodu malarii zmarł nawet Klemens Tomczek. Mimo to wyprawy na okoliczne wyspy i wybrzeża Kamerunu oraz Gabonu były na tyle owocne, że raz po raz morską pocztą wysyłano do Krakowa i Warszawy skrzynie pełne ciekawych eksponatów: narzędzi używanych do pracy na roli i na polowaniach, rytualnych masek, muszelkowych pieniędzy używanych w międzyplemiennych rozliczeniach, wielu rzeźb i ozdób. Mimo woli otarł się też Rogoziński o... wielką politykę. Kiedy bowiem na wodach Zatoki Biafra pojawiły się niemieckie okręty wojenne, aby objąć protektoratem Wilhelma II wybrzeże Kamerunu, szef polskiej ekspedycji pospiesznie zawarł układ z angielskim konsulem Johnem Hevettem w sprawie przekazania swych terytoriów pod protektorat Wielkiej Brytanii, co potwierdzono uroczystym podpisaniem odpowiedniego aktu na kanonierce "Forward". Z tej też przyczyny o mało nie zginął jego przyjaciel Janikowski, na którego Niemcy, myśląc że płynie łodzią Rogoziński, dokonali zamachu. Gdy jednak okazało się, że Anglicy na mocy układu z Niemcami z 1884 r., zrezygnowali z Kamerunu na rzecz kajzera, Rogoziński stał się w Kamerunie osobą niepożądaną i obiektem personalnego ataku kanclerza Bismarcka w Reichstagu. W tej sytuacji Polacy powrócili do kraju, przekazując kolekcje etnograficzne muzeum krakowskiemu, a antropologiczne Akademii Umiejętności w Warszawie.
Z Hajotą na plantacji kakao
Przez Londyn, Le Havre i Paryż docierają z Janikowskim do kraju. Przekazują eksponaty do muzeów, wygłaszają odczyty, piszą rozprawy. W 1886 r. ukazuje się drukiem książka Rogozińskiego pt. Żegluga wzdłuż brzegów zachodniej Afryki, a następnie zbiór odczytów Pod równikiem. Na jednym z takich odczytów poznaje zafascynowaną dalekimi podróżami Helenę Boguską-Hajotę, uroczą adeptkę literatury pięknej. Wrażliwa i ekscentryczna dziewczyna zakochuje się bez pamięci w pełnym marzeń i fantazji młodzieńcu. Patronuje im Bolesław Prus, popiera Henryk Sienkiewicz. Rogoziński nie rezygnuje jednak z Afryki. Nabywa plantację kakao na sąsiadującej z kameruńskim wybrzeżem hiszpańskiej wyspie Fernando Po. Jedzie tam, ciężko pracuje i wymienia miłosne listy z narzeczoną. Wreszcie przyjeżdża nagle do Warszawy i już 29 sierpnia 1888 r. odbył się ślub tej pary. Po miodowym miesiącu spędzonym w kraju młody żonkoś znów siada na statek i płynie na Fernado Po. Zbiera kakao. Buduje dom, oczyszcza teren pod rozwój plantacji. Kupionym w Gabonie koniem w ciągu jednego dnia nie jest w stanie objechać swych włości. Po nowym 1889 roku przyjeżdża do niego żona. Ale związek tak bardzo zakochanej pary w praktyce życia nie okazał się tak szczęśliwy, jak to sobie oboje wyobrażali. Na wyspie Fernando Po spędzili razem tylko dwa lata, a i plantacja nie przyniosła dochodów zapewniających obiecany dobrobyt. Już w lutym 1891 r. powrócili do Europy "z małpką tylko i psem". Ona przywiozła ze sobą notatnik pełen literackich szkiców, które wykorzystała następnie w egzotycznych nowelach wydanych w 1893 r. pt. Z dalekich lądów i powieściach wydanych już w XX w., a przydatnych także w przekładowej pracy nad dziełami Conrada i Ibaneza.
Wciąż zafascynowany Afryką, snuje Rogoziński nowe plany działania na Czarnym Lądzie. Przerywa je tragiczny wypadek: ginie pod kołami konnego omnibusu w Paryżu. Ma wtedy 36 lat. Niejako śladem Rogozińskiego w 1935 r. popłynął do Afryki z towarami polskiego przemysłu pod biało-czerwoną tym razem banderą s/s "Poznań", zaś w 1959 r. podobnym rejsem zapoczątkował powstanie do dziś istniejącej linii zachodnio-afrykańskiej s/s "Tczew". Od 1973 r. w ogrodzie botanicznym kameruńskiego miasta Victoria znajduje się tablica, która w polskim i francuskim języku głosi: "Pamięci wybitnych badaczy Kamerunu, uczestników pierwszej polskiej wyprawy afrykańskiej w latach 1883-91 Stefana Szolc-Rogozińskiego, Klemensa Tomczeka i Leopolda Janikowskiego". Nazwisko Rogozińskiego patronuje dziś ulicom w Łodzi i Warszawie, a także w rodzinnym Kaliszu, którego muzeum posiada wiele pamiątek po swym sławnym krajanie-podróżniku, zaś w muzeach Krakowa i Warszawy do dziś znajdują się eksponaty zebrane przez uczestników wyprawy do równikowej Afryki.
Högni[=Odin]... had black hair that hung down with some curl in it. He was long-faced, and had a large nose'n hanging brows. He had a dark beard ... was dark in coloration everywhere ... he had only one eye. He was ... bold ... tall'n stout... - Thidrek Saga If you want to criticize me, then show some courage and come to this forum to do it.